Witaj, nieznajomy!

Wygląda na to, że jesteś tutaj nowy. Jeśli chcesz wziąć udział, należy kliknąć jeden z tych przycisków!

Studiująca mama wielodzietna.

edytowano marzec 2007 w Ogólna
Kochani, mam nadzieję, że się nie zdenerwujecie, bo przemycam w tym wątku link, do mojej ankiety. Wiem, że sporo osób nie cierpi ankiet, ta jest tylko dla chętnych :-)
Tak sie składa, ze oprócz bycia mama jestem także studentką i w lipcu bedę bronić swojej pracy o rodzinach wielodzietnych...Nie ukrywam, piszę w niej takze o swojej rodzinie, a zainspirowało mnie do napisania tej pracy m.in. forum "Rodziny wielodzietne z wyboru"...:-)

Jestem ciekawa, czy sa wsród Was osoby studiujące, lub mające jeszcze taki zamiar? Jak sobie radzicie z obowiązkami, i czy w środowisku, fakt studiującej mamy wielodzietnej wywołuje zdziwienie?

http://www.ankiety-online.pl/survey.php?id=SurveyPage&survey=15440dc544eb58&page=0
«1

Komentarz

  • Oj dziekuje, bardzo za poprawke...jasne, przepraszam studiujący ojcowie jak najbardziej :bigsmile:

    Przyzwyczaiłam się z innych forów, ze więcej wypowiada się matek...ot i proszę jaka dyskryminacja ze mnie wylazła...:bigsmile:
  • Witaj Denisa
    Swietny temat. Ja osobiscie studiowalam majac jeszcze wtedy 2 dzieci, wywolywalo to raczej pozytywne reakcje.
    Cudownie wspominam momenty jak miedzy wykladami maz podrzucal mi niemowlaczka do karmienia (wiekszosc moich kolezanek chyba mi troche zazdroscila ;), a koledzy niesmialo spogladali na malenstwo). W czasie wykladow maz mial okazje spedzac czas z dziecmi glownie spacerujac po polach mokotowskich a potem kiedy juz nie karmilismy sie piersia na wszelkie zajecia z maluchami.
    Ten czas studiow wspominam wspaniale. Obecnie majac 4 dzieci tez wystarcza mi czasu na korzystanie z roznych "kursow" i owszem czasem spotykam sie z lekkim zadziwieniem
    Pozdrawiam serdecznie

    Ewa
  • U mnie, generalnie kształcenie zawsze szło w parze z wychowywaniem dzieci :-). Juz maturę zdwałam z 7 - mio miesięcznym synem przy piersi ( wsumie nie ma sie czym chwalic, ale tak wyszło ). Po maturze, oczywiscie planowałam iśc na studia, ale na dzienne nie mogłam, w mojej miejscowosci nie było uczelni wyzszej, na zaoczne nie było mnie stac. Zaczęłam dojeżdzać do policealnego studium - 100 km od miejsca gdzie mieszkałam i prace dyplomową broniłam juz z 2 miesiącznym Miłoszkiem przy piersi. Wzbudzałam zdziwienie, po pierwsze dlatego, ze "nie wyglądałam" na dwójkę dzieci, po drugie , ze ...karmiłam takze na zajęciach. Do szkoły jezdziłam z całą rodzinką,mąż z najmłodszym dojezdzał do mnie na zajęcia, a "międzyczas" i noce spędzaliśmy nocując u rodzinki...Teraz studiuję mając trójkę i wydaje mi sie to cakiem naturalne. Chociaz oczywiscie wszycy dowiadując sie o mojej rodzinnej sytuacji niezmiernie sie zdziwili:bigsmile: W mojej grupie sa jezcze dwie trójdzietne mamy, które radzą sobie bardzo dobrze. powiem wiecej ...zauwazyłam, że oceny rosną wprost proporcjonalnie do ilosci dzieci . Na pewno cieżko pogodzic wszystkie obowiązki, mnie bardzo pomaga mąż, no i fakt, że moje dzieci sa juz dość duże i samodzielne. ::bigsmile:
  • Witam!
    Mi też rola studiującej mamy nie jest obca. Może łatwiej było mi o tyle, że studiowałam zaocznie. Pierwsze dziecko urodziłam będąc na drugim roku. Z sentymentem wspominam czasy, jak mój mały spał na katedrze podczas wykładu Pani profesor. A w przerwach karmienie. Na szczęście uczelnia wyjątkowo prorodzinna, a takich mam było więcej. W wakacje przed rozpoczęciem czwartego roku na świecie zjawiła się druga pociecha. Maluchy towarzyszyły mi też dzielnie podczas obrony pracy magisterskiej. Było to wydarzenie rodzinne. I chyba weszło mi to w nałóg, bo na studiach podyplomowych urodziłam trzecie dziecko. Śmialiśmy się, że nasze dzieci wiedzę akademicką wyssały z mlekiem matki.
    Myślę, że przy dobrej organizacji pracy można wszystko pogodzić. A studiowanie i bycie matką jednocześnie stwarza mężowi szansę zajęcia się jeszcze bardziej dziećmi i nawiązania z nimi bliższego kontaktu, podczas gdy mamusia weekendy spędza w szkole. Oczywiście dobrze jest, gdy rozumie potrzeby żony w tym temacie.
    Poza tym ja zawsze powtarzam, że człowiek powinien mieć choć odrobinę miłości własnej. To służy rozwijaniu własnych zainteresowań i samorealizacji. Dzieci na pewno na tym nie ucierpią. Przyznam wam się, że choć jestem typową "matką polką" nie przeszkadza mi to w realizacji swoich planów. Po cichu myślę o kolejnych studiach (tym razem zaszła taka potrzeba).
  • Ankieta zakończona. Wzięło w niej udział 60 osób...Dziękuje :bigsmile:

    Przejrzałam wyniki i powiem Wam, ze wyłonił mi sie bardzo pozytywny obraz rodzin wielodzietnych...Taki był własnie równiez mój zamiar - udowodnić, ze rodzina wielodzietna nie równa się patologia...ze jest to model rodziny dajacy duze korzysci jej członkom i ogromną satysfakcję. Uff, teraz to trzeba wszystko ładnie podsumowac i opisać..:-)
  • Denisa, czyli to było "badanie z tezą"? ;-)
    A tak na poważnie, to niestety Twoje optymistyczne wnioski mają niewielkie znaczenie dla opisu rodzin wielodzietnych w Polsce. Pamiętaj, że Twoje badanie jest przeprowadzone na osobach bardzo świadomie traktujących swoją wielodzietnośc. Wnioskując z tego, że badanych "rekrutowałaś" tu i na formum gazetowym (może jeszcze gdzieś, tego nie wiem, ale z odzewu naobu forach domyślam się, że co najmniej połowę badanych to osoby związane z którymś formu) należałoby się domyślac, że postawiona teza (że wielodzietnośc to nie patologia ale bardzo pozytywny model rodziny) jest nie do obalenia.
    Patrzę na to okiem badacza i niestety nie dostrzegam jakiś szczególnych korzyści płynących z takiego badania. Owszem, pokazujesz w nim, że udało Ci się znaleźc 60 względnie dobrze usytuowanych osób (korzystają z komputera i internetu, więc pewnie mają go w domu a przynajmniej w pracy, czyli pracują), które mają fajne rodziny wielodzietne. I co? Z mojego punktu widzenia (naukowego, obiektywnego) jest to równie tendencyjne, co pokazywanie wielodzietności jako patologii. Owszem, pokazuje drugą stronę wielodzietności, ale ani nie opisuje generalnej sytuacji wielodzietnych w Polsce ani nie pokazuje na przewagi rodziny wielodzietnej nad "małodzietną", bo (jak rozumiem) porównywalnej grupy "małodzietnych" nie badasz. Skąd więc możesz wiedziec, czy rodzina z dwójką dzieci także nie jest modelem rodziny dajacym duze korzysci jej członkom i ogromną satysfakcję?
    Żeby nie było wątpliwości, jestem za robieniem badań dot. wieodzietności. Sama też wypełniłam Twoją ankietę - uważam, że była bardzo elegancko przygotowana. Jednak, gdybyś była moją studentką, to nie przepuściłabym takiej pracy, bo jest tendencyjna. Mimo, że pokazuje świat z takiej strony, z jakiej chciałabym go widziec.
    Nie piszę tego, broń Boże, żeby Cię pognębic. Po prostu taka mnie naszła refleksja naukowo-metodologiczna.
    Mam nadzieję, że Twój promotor ma inne podejście ;-)
  • Katarzyno :bigsmile:.
    Moja praca nosi tytuł: "Współczesna rodzina wielodzietna z wyboru.Dominujące problemy i pozytywne aspekty". Założeniem jej było własnie przebadanie rodzin świadomie podchodzacych do swej wielodzietności. Chciałam pokzać ze sa takie rodziny i jak wiele pozytywnych aspektów mozna w nich odnalezć, jednocześnie zakładałam, że jakieś problemy mimo wszystkio równiez się w takich rodzinch znajdą, niekoniecznie natury finansowej, aczkolwiek tez moga sie zdarzyc, choćby w jakimś okresie zycia tej rodziny. Starałam się sprawę obiektywnie przedstawić, ale zalezało mi na pokazaniu obrazka innego, niz rodziny w których dzieci rodzą się z przypadku, są zaniedbywane a rodzice nie bardzo radzą sobie z sobą i sytuacją jaka ich spotkała.
    Były momenty ze miałam wątpliwosci, co ja w ogóle chce zbadac, ale generalnie przedstawiąm w swojej pracy portret rodzin wielodzietnych z wyboru, stworzony na podstawie garstki osób (wiem, ale tyle na pracę licencjacką wystarczy)...a ze przy okazji, ten portret wypadł dosc pozytywnie - napawa mnie to duzą radościa...:-)
    W mojej pracy jest wyrażnie opisana grupa badawcza i sposób przeprowadzenia badania...oczywiscie, tez obawiam się oceny recenzenta, mimo, ze pani promotor nie ma zastrzeżen...
  • No, to tylko pochwalic, że masz świadomośc ograniczeń swojego projektu badawczego. :-)
    Jednak mogę sobie wyobrazic, że ktoś mógłby, także z pełną świadomością, zaproponowac temat np. "Współczesna rodzina wielodzietna bezrobotnych rodziców. Dominujące problemy" i przeprowadzic ankietę na panach spod budki z piwem. Wyszłoby pewnie, że w rodzinach wielodzietnych, gdzie rodzice są bezrobotni to prawdziwa patologia społeczna... Tylko nadal nic z tego nie wynika. Ani dla pokazania sytuacji wielodzietnych w Polsce ani dla porównania wad i zalet modelu rodziny wielo- i małodzietnej. (A nas by pewnie bardzo to wkurzyło, bo znów ktoś łączy wielodzietnośc z patologią.)
    Z innej storny patrząc, jeśli badałabyś rodziny, które świadomie zdecydowały się na model 2+1 (albo 2+2), przecież i takie fora są w internecie, to zapewne też wyszłoby Ci, że jest pozytywnie.

    Myślę, że Twoje obawy, co do ewentualnych uwag recenzenta są nieuzasadnione. Jak znam życie, to nikt sie nie przyczepi. Właśnie dlatego, że to "tylko" praca licencjacka. (Gdyby była magisterska, to argumentem byłoby, że "tylko" magisterska.) To tylko ja taka upierdliwa jestem i, bez wnikania, czy to praca seminaryjna, licencjacka, magisterska, czy doktorska oczekuję, że wysiłek, który badacz włożył w przeprowadzone badanie zaowocuje możliwością wyciągnięcia jakiś bardziej ogólnych wniosków.

    Marzy mi się porządne, obiektywne badanie dotyczące sytuacji rodzin wielodzietnych w Polsce. Ale to wyzwanie dla poważnego zespołu badaczy. Cudnie byłoby też zbadac, jaki wpływ mają rodziny wielodzietne na swoich członków. Jakie korzyści wynoszą z takich rodzin rodzice i dzieci. Jakie obciążenia wiążą się z wychowywaniem się w takie rodzinie lub wychowywaniem takiej rodziny itp. Problem polega na tym, że wyniki, które znajduję są zazwyczaj wynikami "badań z tezą" - jeden nurt uparł się udowadniac, że wielodzietnośc to patologia, drugi ("katolicki"), że ma same zalety. Niestety, w obu przypadkach zastosowana metodologia wzbudza moje wątpliwości. A porządnych, obiektywnych badań brak. No, w każdym razie, ja się nie zetknęłam.
    O, tak mi się trochę ulało. Ale nie bierz do siebie :-)
  • Ja tak trochę tą prace piszę na fali polityki prorodzinnej prowadzonej ostatnio w naszym kraju... :bigsmile:
    Oczywiscie, masz racje Katarzyno, ale takie obiektywne badania i dogłębne to juz moze na pracę doktorską będą jak znalazł. :-) Poza tym, ja oczywiscie piszę tylko o małym wycinku rzeczywistosci, ale jednak on jest i to całkiem realny(wirtualny..???):-) Czemu by go nie przedstawic...? Moze kogoś zachęci do powiększenia rodziny??:bigsmile:
    Mogłabym pisac oczywiscie o modelu rodziny 2+2, ale on nie kontrowersyjny, raczej chyba dość popularny w naszym społeczenstwie. Sporo osób traktuje ten model jako optymalny...no więc ja, trochę tak na przekór...:bigsmile:
  • Maćku,
    no, to jest nas dwoje :-)
    Jak znajdziemy jeszcze parę osób z nieco innych dziedzin (np. socjologia, pedagogika, może historia najnowsza) i jakiegoś samodzielnego pracownika naukowego, który da do tego "gębę", to możemy składac wniosek o grant do KBN.
    Tylko za dwa lata, to może już kto inny będzie u władzy i temat rodzin wielodzietnych będzie pase... ;-)
  • A ja myslę, że robienie badań musi się odbywać z tezą. Może być robocza, może też ulec zmianie w trakcie badań. Pytanie tylko, czy kiedy zebrane materiały ją nie potwierdzą, badacz będzie swoją pierwotną tezę weryfikował, będzie umiał uznać za ważnejsze same badania, czy postawiona teza nie zaciemni oglądu tych badań. Ale myślę sobie, że wlaśnie dla dobrego, dogłębnego stawiania pytań potrzebna jest owa teza pierwotna.
    A co do wielodzietnych, to pytaniem jest, czy istnieje jakaś wspólność dla tej grupy. Czy własnie nie należy badać tej grupy rozbijając na małe środowiska. To opisywane przez Denisę jest jednym z nich. Myslę sobie, że tez opis grupy nie będzie pełny, no bo to tylko odczucia, pewne aspekty problemów. Ale własnie tak zawężony problem znajdzie odzwierciedlenie. Toć i dobrze:)

    Ja od IV roku studiów też byłam studiująca mama z dzieckiem (historia, ale wczesniej zaliczyłam tez 2 lata etnografii). Pracę magisterską broniłam w 9 miesiącu ciązy z drugim dzieckiem. Potem miałam 3 lata przerwy i dostałam się na studium doktoranckie (3 dzieci - w podaniu napisałam 2). Podczas studium powiększyłam rodzinę o nastepna trójkę (promotor zawsze dowiadywał się z opóźnieniem;). Teraz chyba zbliżam się do finału, złozyłam własnie 800 stronicowy doktorat do przegladu promotorowi.

    Co do badań nad wielodzietnymi, tez się nad tym zastanawiałam. U nas we Wrocku przyjęto program "rodzina plus" dużo mnie się w nim nie podoba, ale m.in. w planach było stworzenie bazy wielodzietnych, opisanie ich. Postanowiłam sobie, że po skończeniu mojej pracy być może spróbuję pozyskać takie zlecenie, w końcu to nie jest duże środowisko - po spisie powszechnym wiadomo, że to 1200 rodzin (ale były brane pod uwagę od czwórki w górę), w porównaniu do 34 tysięcy zwiazków bezdzietnych - prawda, że porporcję robią wrażenie. Pomyślałam, że to przeciez nietrudno zbadać.
    Pracę własnie kończę, więc wszystko przede mną;)
    Chętnie dołączyłabym się do zespołu badawczego, ale badac przeszłosci agenturalnej (jako historyk najnowszy) wielodzietnch nie zamierzam;)
  • Acha, a to kto jest u władzy chyba nie ma znaczenia dla grantów - to już głowa formułujących uzasadnienie, żeby wymyśleć odpowiednie. Odmalowanie stanu rzeczywistego to też powazne zadanie, z naukowego punktu widzenia bardzo zasadne;)
  • Jolu, ładnie ujęłas to, co chciałam zasugerowac, że wielodzietnosci nie da sie chyba potraktować jako jakiegos jednolitego zjawiska. Wcale też nie jest tak, że część rodzin wielodzietnych to patologia, a część - ludzie bardzo zamozni których stac na wszystko, w tym na dużą ilość dzieci..pomiędzy tymi grupami są takie, których nie mozna zakwalifikowac ani do jednych, ani do drugich...Dla mnie rodzina wielodzietna z wyboru to taka, w której zakłada się , że na świat przyjdzie wiecej dzieci niz dwoje,.. ile, to juz róznie bywa i generalnie nie zawsze można zaplanowac, ale jest to rodzina "otwarta na zycie" Świadoma jednak potrzeb dzieci i mająca na względzie przede wszystkim ich dobro. Nawet z mojej ankiety wynika, że spora częśc osób, jesli chodzi o sytuacje materialną, stoi na pozycji;"wystarcza na podstawowe potrzeby, ale mogłoby byc lepiej". Sama jestem w takiej sytuacji i rozumiem, że te osoby po prostu maja inna hierarchię wartości, decydując się na kolejne dziecko rezygnuja np. ze swoich przyjemnosci,lepszego samochodu, drozszych kosmetyków...itp. Wg niektórych moich znajomych, mnie na troje dzieci nie stać, poniewaz jezdżę starym golfem, podczas gdy oni maja pięknie urządzone mieszkania i lepsze samochody i to jest dla nich wyznacznikiem- stac mnie na dziecko. Dziwią się, że planuję kolejne! Ja uważam natomiast, że stac mnie na dziecko, jesli wiem, ze nie będzie chodziło głodne, gołe, w domu się zmiesci i na jego wyksztacenie choćbym miała sobie od ust odjąc -wystarczy! Kokosów (cokolwiek to znaczy) za to miec nie musi, ani ono, ani my. Nie wiem, czy nie namieszałam za bardzo i z grubsza rozumiecie o co mi chodzi...:bigsmile:

    Właściwie to idąc tym tropem chciałam zasugerowac, ze takim rodzinom nalezy się wszelkie wsparcie od panstwa, bo dzieci w takich rodzinach wychowywane, są przyszłością dla kraju, Nie chodzi mi juz tu konkretnie o dawanie czegokolwiek, ale o nie przeszkadzanie i o nie zabieranie - tu mam na mysli wysokie podatki i marne pensje za ciężką nieraz pracę.

    Bardzo interesuje mnie zagadnienie wielodzietnosci. Mam nadzieję, że faktycznie powstanie praca, która będzie mogła pokazać jej szeroki aspekt, Będę czekac z niecierpliwoscia. Równiez ciekawe byłoby dla mnie zbadanie np. przyczyn, dla których ludzie chcą mieć duzo dzieci, nawet w niezbyt sprzyjajacych temu okolicznosciach czy częściej są to jedynacy, czy osoby które mają rodzeństwo...?

    Ciekawi mnie także, czy na "otwartosc na życie" , jak to nazwałam, ma wpływ także udany, pełen miłości związek rodziców? Czy może własnie chęć zaspokojenia potrzeb uczuciowych?

    Oj,badać można wszytko :-)
  • Jolu, ja z nauk empirycznych jestem i mnie uczono, że badanie rozpoczyna się od postawienia hipotezy. Może byc robocza, tu się zgadzam. ;-) Potem należy tak skonstruowac projekt badania, żeby dało się taką hipotezę potwierdzic, bądź nie.
    Pisząc "badanie z tezą" mam na myśli takie przeprowadzenie badania, gdzie niemożliwe jest uzyskanie wyniku innego niż założony na wstępie.
    Trochę przejaskrawiając, gdybym chciała pokazac, że wielodzietni to "patologia", to mogłabym robic badania wyłącznie na klientach MOPSów i pytac ich o to, jak im źle. Gdybym chciała wykazac, że rodziny wielodzietne mają się wspaniale, mogłabym zbada wielodzietnych menadżerów i prezesów (a są tacy i w Polsce, nie tylko w USA!). Tylko, co z takich badań wyniknie? Gdybym chociaż zbadała kilka różnych takich grup, to mogłabym pokazac różnorodnośc, ale z tego i tak winiosek byłby tylko taki, że są różni wielodzietni - jedni to patologia, inni świetnie usytuowani a jeszcze inni, to normalne rodziny, tyle, że trochę większe. I co? Jak dla mnie nic, zupełnie.

    Gdyby dla równowagi dac przykład, "badania z hipotezą", to mógłby byc taki. Można postawic np. hipotezę, że dzieci z rodzin wielodzietnych szybciej się usmodzielniają i lepiej radzą sobie na rynku pracy. Trzeba by oczywiście znaleźc jakieś obiektywne wskaźniki "usamodzielnienia" (np. wyprowadzka z domu, znalezienie pracy itp.) oraz "powodzenia na rynku pracy" (np. czas pozostawania bez zatrudnienia, dochody, awanse itp.). Moża z tego zrobic ankietę, czemu nie. Ale to, co najważniejsze - taką ankietą trzeba by przebadac grupę osób (najlepiej losowo wybraną z populacji, jeśli będizemy chcieli generalizowac wyniki na całą populację) wyrównanych pod innymi względami a różniących się liczbą rodzeństwa. Jeśli z uzyskanych danych wyniknie, że wielodzietni mają wyniki wskazujące na wcześniejsze usamodzielnienie i lepsze radzenie sobie, to świetnie. Istnieje ryzyko, że wyniknie coś odwrotnego. Wtedy trzeba stawic czoła takiemu wynikowi. Jednak na podstawie takiego badania da się powiedziec coś o osobach z rodzin wielodzietnych w porównaniu z tymi z "małodzietnych". W przypadku, gdy badamy tylko wielodzietnych, brak punktu odniesienia.

    O, takie sobie rozważania metodologiczne posnułam...

    A w sprawie grantów - te rozdawane na uczelniach (BW i BST) rzeczywiście nie mają nic wspólnego z władzą, ale mizerniutkie są. Te większe, interdyscyplinarne są często uzależnione od "czynników aktualnych". Ostatni duży interdyscyplinarny grant KBNowski z jakim miałam doczynienia (w ramach tego grantu robiłam doktorat), to był grant "popowodziowy" rozpoczęty jakoś zaraz po 1997 roku. Nie przypuszczam, żeby został zaakceptowany do realizacji gdyby nie pamiętna powódź.
  • Może kluczem jest słowo empiryczne. Może Wy macie dobrze rozwinietą metodologię. Struktura każdej pracy musi być jednakowa i jest bardzo sformalizowana. Bardziej niz w tych naukach, które nie szczycą się byciem empirycznymi.
    Ja pisałam moją pracę troche w ciemno, jej kształt powstawał w trakcie pisania, nie miałam dokładnych założeń formalnych. Miałam założenia co do treści.
    To tyle jeśli chodzi o róznice w postrzeganiu. Bo wynika z tego chyba to, że ja rozumiem potrzebę badania tego o czym pisze Denisa. Ty widzisz tutaj braki. Badania mają być zapisem empirycznych faktów. Tymczasem w badanich Denisy pojawiają się odczucia subiektywne badanych, a do tego grupa ulega poważnemu zawężeniu.
    Dla mnie jest to zas opis grupy, dla której wyznacznikiem jest owo posiadanie dzieci z wyboru, opis nie tyle empiryczny, a właśnie ich subiektywnego postrzegania swojej sytuacji życiowej, priorytetów - nie wiemy jaka faktycznie mają badani sytuację materialną, dowiemy sie natomiast jak siebie sami postrzegają.
    Model badawczy proponowany przez Ciebie Katarzyno i przez Denisę to jakby podejscie z dwóch różnych stron - Ty chciałabyś mieć skontruowaną grupę, a potem ją zmierzyć i przebadać. Denisa opisuje.
    Czemu to może służyć? podam przykład z mojej pracy. Ja też opisywałam. Tematem byli studenci na przestrzeni ilus tam lat. Różne aspekty były brane pod uwagę, jeden z nich to zycie codzienne. I ja ta część oparłam własnie na badaniach studentów pedagogiki, którzy tak jak Debnisa brali sobie jakiś mały fragment populacji, najczęściej jeszcze mieszkający w akademiku i przepytywali na okolicznośc róznych aspektów ich zycia. Znalazłam takich prac ponad setkę, pojedynczo one niewiele mówiły o zyciu studenckim, w masie dały fantastyczny obraz, było o piciu, życiu seksualnym, zainteresowaniach, o modzie. Zestawione stały się portretem populacji.
    Tylko moim celem nie było zmierzenie, a opis, bo takie jest zadanie historyka.
    Zadaniem Denisy też nie jest zbadanie dokładnie grupy wielodzietnych. Interesują ją tylko osoby chcące miec wiekszą niż przeciętna liczbę dzieci. Interesuje ją jak postrzegają swoją sytuację.
    Taki obrazek wycinka większej grupy (tak to rozumiem)

    Katarzyno, a kim dokładnie jesteś naukowo?? psychologiem??
  • Jolu, tak, jestem psychologiem.
    A problem z badaniami takim jak Denisy jest taki, że pokazując tylko wycinek rzeczywistości, w dodatku bez obiektywnego odniesienia do innych wycinków, pokazujemy to, co chcemy pokazac. Oburzamy się, że pokazuje się wielodzietnych jako biedę i patologię, a to wynika właśnie z przyjęcia takiego "podejścia badawczego". Jasne, że przyjemniej jest mi czytac, gdy ktoś pisze o tych wielodzietnych, którzy dobrze sobie radzą ale nadal uważam, że użytecznośc takich badań jest znikoma a ich wyniki łatwe do podważenia. Nie mam nic przeciwko takiej publicystyce, ale trudno mi przyjąc, że jest to opis naukowy. W przypadku Twoich badań, jak sama zauważasz, dokonujesz porównania tych studentów na przestrzeni lat. W badaniu Denisy nie da sie badanej próby z niczym porównac, bo badani to grupa jednorodna - rodzice "otwarci na życie" wg samej autorki.

    A swoją drogę nie mam pewności, czy każdy, kto ma przynajmniej troje dzieci jest w istocie "otwarty na życie". Sama znam osoby, które mają "zaplanowane" troje dzieci i ani jednego więcej - czy to też otwartośc na życie?
  • Maćku, świadomie napisałam portretem (nie obiektywnym odbiciem itd.) własnie o obraz mi chodziło i własnie dający >wiedzę o obserwowanej grupie<

    No tak, ale metodologie w róznych naukach są rózne, skoro promotor Denisy zgadza sie z założeniami, to widać posługuje się ona metodami typowymi dla tej nauki - w pracy licencjackiej przeciez o to chodzi, wdrozyć się w badania, nauczyć metodologii, gdyby były rażące odstępstwa to powinien wyłapać.
    W moim przykładzie chciałam Wam też pokazać, że z prac właśnie sporządzanych przez studentów pedagogiki, którzy badali jakies tam wycinkowie grupy można potem zestawić większą całość.
    Katarzyno Ty zakładasz, że Denisa chciała opisać wielodzietnych, a wzięła sobie na warsztat grupę owszem wielodzietna, ale dostępna przez internet, co zawęziło spojrzenie. Do tego załozyła pozytywne podejscie do wielodzietności owych badanych. Skąd otwarcie na zycie, pytasz.
    Mnie wydaje się, że ona chciała opisać nie wielodzietnych, a wielodzietnych z wyboru (tak jest w tytule). Może więc całkiem zasadne jest skierowanie się z pytaniem do uczestników forum (gazetowe ma w tytule "z wyboru"). Pytania zaczynają sie od ilości dzieci, ale potem jest pytanie (jak sobie przypominam) o to czy dzieci byly planowane (w szerszym kontekście, to znaczy czy ogólnie była chęć do powiększenia rodziny, jak rozumiem tutaj chodziło o owo "otwarcie na życie" bedące po prostu przyzwoleniem na duża rodzinę, ale nie zawsze dokładnym wyliczaniem, że musi być tyle a tyle dzieci). Myślę, że praca bedzie nie tyle prostym podsumowaniem odpowiedzi, ale "grą" miedzy odpowiadziami, wychwyceniem zależności.
    Odpowiedź na początkowe pytania jest tak naprawdę "stworzeniem" grupy. AD 2007, 60 osób wielodzietnych (wyjdzie jak licznie z pytań), chcących (lub nie) mieć więcej dzieci. Potem było pytanie o wartosci i priorytety.
    Nie chodzi tu absolutnie o opis wszystkich wielodzietnych.
  • myślę, że są wielodzietni nie-z-wyboru.
    Myślę też, że spora część społeczeństwa jest z wyboru niewielodzietna. Dlatego, jeśli ktos świadomie zakłada, że "woli mieć więcej dzieci, niż mniej", to na wielodzietnośc się godzi.
    Wracając do pracy, myslę, że własnie o to chodziło, że co by się nie gubić w dywagacjach - czy wieldzietni mogą być nie z wyboru, którzy są z wyboru, Denisa zapodała w pytaniach odniesiania co do planów na wielkośc rodziny, nawet jak sobie przypominam, tam było zróznicowanie - czy plany były od poczatku czy przyszły potem, a może tak po prostu wyszło.
  • Jolu bronisz mojej pracy lepiej, niz ja bym umiała to zrobic :-) Pozwolisz, że wykorzystam Twoje argumenty, w sytuacji, gdyby podobne zastrzeżenia , jak te, które ma Katarzyna, padły z ust członków komisji?

    Katarzyno, tak naprawdę, to nie zalezało mi na tym, zeby moja praca miała jakąś wielką użyteczność. Juz od dłuzszego czasu wiedziałam, ze chcę opisac i przedstawic rodziny podobne do mojej. Dlatego podchodzę do pracy moze mniej naukowo, ale za to bardzo emocjonalnie. Dopóki mój promotor nie ma zastrzeżen i praca otrzyma ocene pozytywną, nie będę się specjalnie niczym innym przejmowac. W mojej pracy nie pojawia się założenie, że rodziny te sa wspaniałe i godne nasladowania. Załozyłam hipotetycznie, ze pojawiaja sę w nich problemy. ..np. zbyt małe mieszkanie, potrzeba pomocy ze strony babci, czy tez opiekunki, problem z utrzymaniem pracy przez matke, a takze aspekty pozytywne np.duma i spełnienia ridziców, większa samodzioelność dzieci itp. Skonstruowałam pytania tak, aby zbadać czy faktycznie występuja te sytuacje i na jaką skalę. Dopiero w podsumowaniu wyników bedę mogła napisac, iz generalnie rodziny te wypadły dośc pozytywnie, i zauwazam więcej tych aspektów pozytywnych niz problemów. Nie wiem, moze to jest źle, moze nie ma większego sensu. Wiem jedno,od tej strony nikt na mojej uczelni wielodzietnosci nie badał. Moja pani promotor bardzo sie zdziwiła, ze wielodzietni mają swoje forum, ze sa wsród nich osoby z doktoratami, lub niedługo beda go bronic :-), w ogóle była pod wrażeniem mojego podejscia do wielodzietnosci. Moze zrobiłam mały kroczek w stronę zmiany myslenia na temat rodzin wielodzietnych...:-)

    Z ogromnym zainteresowaniem prześledziłam wymianę zdań pomiędzy Wami. Juz mi nawet troche głupio, że taka burzę rozpetałam, ale czuję sie zaszczycona, że takie mądre głowy toczą dysputę na temat moich wypocin.

    Pozdrawiam serdecznie...
  • bo tu się w ogóle dużo dyskutuje, taki rodzaj forum:).
    A ja po prostu przez przypadek miałam w ręku dosyć dużą liczbę prac mgr z różnych dziedzin - rózniły się miedzy sobą. Te z filologii miały inna strukturę, z pedagogiki były inne, nauki polityczne jeszcze inaczej ujmowały problem.
    Po prostu metodologie, założenia są różne.
    Dla mnie jednak ta różnorodnośc była bardzo przydatna.
    A propos róznic miedzy naukami, w trakcie studium miałam tez zajęcia z panem psychologiem, który zajmował się psychologia historyczną, popełnił też na ten temat książkę. Cały rok nam o tym opowiadał, ale to jakos nie iskrzyło. Powodem była chyba własnie ta nieprzystawalność metod - materiały historyczne, często jednostkowe nie dawały się analizować w taki sposób jaki proponuje psychologia. I nie chodzi tutaj o zabawe w stylu pani psycholog, która analizowała biografię Hitlera pod kątem bicia przez ojca i udowadniania, ze własnie ro była główna przyczyna II wojny światowej, bo to zabawa, a własnie o wyciąganie rzetelnych wniosków.
    Ciekawe czy w tym kontekście możliwe są interdyscyplinarne prace nad wielodzietnością;)

    Ale dla mnie to też była bardzo ciekawa dyskusja, Katarzyno zasiałaś ciekawy ferment i postawiłaś zasadne pytania, dziękuję i też serdecznie pozdrawiam:)
  • Jolu,
    zgadzam się w pełni, że różne nauki mają różne metodologie. To, co sprawdza się w naukach empirycznych jest częst nieprzydatne w naukach "opisowych". Dla mnie jednak jest nie do zaakceptowania jeśli kotś te różne metodologie miesza dla udowodnienia przyjętej przez siebie tezy. Z mojego punktu widzenia opisanie, że są wielodzietni z wyboru i w ich wielodzietności jest więcej pozytywów niż negatywów (na podstawie takiej ankiety jak Denisy), to publicystyka a nie badanie naukowe. I jeśli ktoś nie ma ambicji by jego praca była czymś więcej niż publicystyką, to nie widzę problemu. Kłopot zaczyna się tam, gdzie ktoś uprawia publicystykę a sugeruje, że prezentowane przez niego informacje mają status wiedzy naukowej. Jak rozumiem Denisa nie zamierza tego robić, więc, o ile na jej uczelni nie wymaga się do licencjatu przeprowadzenia badań empirycznych, nie ma problemu.

    A badania interdyscyplinarne zakładają, że każda dziedzina ma odminną metodologię. Ja nie widzę w tym problemu. Myślę, że pomimo różnych metodologii poszczególne dziedziny mogą czerpać ze swoich dokonań. Jeśli np. Ty jako historyk wykażesz coś analizując źródła historyczne, to ja mogę to przekuć w jakieś hipotezy możliwe do sprawdzenia na drodze badań empirycznych - korelacyjnych a może nawet eksperymentalnych.
    Chociaż czasem "import" metodologii z innej dziedziny może być dla danej dziedziny nauki bardzo ożywczy. W sprawie implememtacji metod matematycznych w hisorii mogłabym mieć kilka pomysłów :-)
  • Quatromamo - bardzo fajny głos (chyba trzeba dodać - jak zwykle:)

    Macku, w innym watku napisałeć o otwieranym przewodzie. Mimo, że nie jesteś studiujaca mamą, pochwal się tematem (tam zaciemni dyskuję, tutaj będzie pasował, bardzom ciekawa (no i gratuluję:)
  • [cite] Marta:[/cite]Moje pierwsze pytanie do was:, czy bylibyście chętni pomóc mi w napisaniu tej pracy w sensie, np. wypełnienia ankiety,którą z czasem będę musiała jakoś skonstruować, może jakas podpowiedź co do literatury..??Jakie książki, jacy autorzy? za każą informację będę bardzo, bardzo wdzięczna. Jesli jednak nie macie czasu, lub po prostu chęci to oczywiście zrozumiem. Pozdrawiam!

    Witaj Marto. Myślę, że będę wyrazicielem (-cielką) ogółu obiecując wszelką pomoc w miarę wiedzy i możliwości.
    Zwłaszcza, jeśli obiecasz ze swej strony, że w swym życiu przed wielodzietnością bronić się nie będziesz. :wink: Bo chyba przecież o tą gotowość chodzi na tym forum.
  • No to powodzenia! :bigsmile:
  • w podstawówce kozłem ofiarnym w naszej klasie była dziewczynka mająca dwójke rodzeństwa (najliczniejsza rodzina), ale w liceum była jedynaczka, zreszą z dobrze stojacego materialnie domu.
    Chyba nie ma reguły, raczej samo dziecko nosi w sobie gdzieś przyczynę predysponującą go do bycia kozłem. Postawa rodziców, uczulanie, że bedzie bity, źle go odbiorą, może byc też zapewne przyczyną.

    Agnieszko mozesz przygotowac ankiete dla naszych dzieci. TYlko nie wiem czy to bedzie naukowo miało sens, chodzi o to o czym pisała Katarzyna w pierwszej części tego wątku.
    Ale dzieci z rodzin wielodzietnych wcale nie jest dużo, może jest sensowne spróbowac zdobyc namiary na te z Twojego miasta i objąc je wszystkie badaniami.
    We Wrocławiu rodzin z 4 dzieci i więcej jest około 400i. W klasach 1-3 bedzie więc nikły procent takich dzieci.
    Książek musisz poszukac sama, ale kieruj się słowem kluczem. Szukaj po bibliotekach naukowych, przejrzyj wszystkie w mieście, łacznie z pismami fachowymi. Jak złapiesz nazwisko kogoś kto się zajmuje sprawami wieldzietnych, to próbuj pójśc dalej tym tropem, moze miec więcej publikacji na ten temat.
    Powodzenia
  • moje dzieci twierdzą, że w klasie nie obchodzi nikogo ile mają rodzeństwa, jeśli się inni dowiedzą, to mówią często, że zazdroszczą
    (pytałam najstarszą - 14 lat i 12-latka, on bez tej drugiej części zdania)
  • Wpływ liczby rodzeństwa na nastawienie rówieśników do dzieci można by (moim zdaniem) dość prosto zbadać eksperymentalnie. Uwaga, będzie przepis na prosty eksperyment psychologiczny ;-)
    Potrzeba:
    * dwie kalasy szkolne (najlepiej z całego miasta wylosować sobie jeną szkołę, potem z tej szkoły wylosować rocznik a potem z rocznika wylosować dwie klasy); dobrze by było, żeby wylosowane klasy były względnie "homogeniczne", czyli podobna proporcja płci, podobny status ekonomiczny itp.
    * zdjęcia ładnego chłopca i ładnej dziewczynki w wieku podonym do wieku osoób badanych
    * dość "neutralny" opis dziecka w wersji męskiej i żeńskiej - np. "To jest Zosia Nowakowska. Od nowego semestru będzie się uczyć w Waszej klasie. Zosia lubi czytać książki przygodowe. Ładnie śpiewa i w swojej szkole należała do szkolengo chóru. Tata Zosi jest inżynierem i pracuje na budowie. Mama pracuje na poczcie. Zosia ma młodszego brata. (drugiej wersji: "Zosia ma pięcioro rodzeństwa"). Zosia trochę się denerwuje, jak zostanie przyjęta w Twojej klasie." Można oczywiście rozbudować, choć ja bym nie przesadzała z długością, bo współczesna młodzież słabo czyta. I analogiczna wersja dla chłopca.
    * ankieta oceniająca nastawienie badanego do opisanego dziecka zawierająca np. pytania:
    "Czy sądzisz, że mogłabyś się zaprzyjaźnić z Zosią"
    "Czy Twoi koledzy z klasy polubią Zosią?"
    "Czy Zosia będzie fajną koleżanką?"
    "Czy chciałabyś siedzieć z Zosią w jednej ławce?"
    "Czy na klasowym biwaku chciałabyś mieszkać z Zosią w jednym pokoju?"
    "Czy zaprosiłabyś Zosię na swoje urodziny?"
    itd.
    do każdego pytania skala odpowiedzi - np od 1-zdecydowanie nie do 5-zdecydowanie tak.
    A dalej, to już chyba każdy się domyśla, co z tym robić.
    Na koniec pozostanie porównać statystycznie wyniki ankiety w grupie dzieci, kótre dostały informację, że oceniane dziecko ma młodszego brata i w tej drugiej grupie z informację, że opisane dziecko pochodzi z rodziny wielodzietnej.
  • hej AGNIESZKO!żeby dodać Ci otuchy powiem,że ja też byłam szykanowana przez rówieśników,i jedna dziewczynka z mojej szkoły ,która miała więcej rodzeństwa ,niestety też.ale może były to inne czasy,inne nastawienie do rodzin wielodzietnych?bo przyznam,że obecnie mam znajomych wielodzietnych (chociaż dla niektórych ludzi nasza 3 to również wielodzietność )i nie słyszę aby dzieciaki się skarżyły ,czy w ogóle wspominały że są ,,zjawiskiem" w szkole:bigsmile
  • Ja miałam troje rodzeństwa, ale wydaje mi się, że to nie miało bezpośrednio większego wpływu na to jak mnie traktowali koledzy i koleżanki. To samo dotyczy moich dzieci. Dużo większe znaczenie mają moim zdaniem np. predyspozycje psychiczne danego dziecka, a także niestety ubiór. Modny ubiór powoduje, że dziecko czuje się bardziej wartościowe wśród rówieśników.

    W każdym razie chętnie wypełnimy ankietę, gdybyś Agnieszko tego potrzebowała.

    A co do grantu na badania rodzin wielodzietnych na szeroką skalę, spróbuję zainteresować tym pomysłem znajomego socjologa, który ma 3 dzieci i kończy habilitację,
  • Małgorzato, masz rację z tymi ciepłymi kluchami. Przyszło mi jeszcze do głowy, że w szkole starsze rodzeństwo w potrzebie staje w obronie młodszych. I na co dzień hartują się nawzajem. A więc to kolejny plus rodzin wielodzietnych. Tylko rodzice muszą pilnować, by w domu żadne dziecko nie stało się kozłem ofiarnym.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.